Wspomnienie



Wakacje, jak to cudownie brzmi - czas wypoczynku, okres kiedy człowiek ucieka od codziennych obowiązków, od stresów, wyjeżdża i ma ochotę przez dwa miesiące wylegiwać się na plaży. Tymczasem ja postanowiłam czas wakacji przeznaczyć na coś innego, postanowiłam nauczyć się wspinać. Skąd ten pomysł? Lubię góry, dużo chodziłam po Tatrach, więc teraz chciałam je poznać od drugiej strony, od tych zdawałoby się nieprzystępnych szlaków.

Zaczęłam więc od szukania w sieci i tu wśród wielu innych ofert wspinaczki skalnej znalazłam stronę Biura Aktywności Górskiej, która jest po prostu doskonała. Im bliżej rozpoczęcia kursu, tym więcej miałam obaw, pojawiało się coraz więcej pytań, typu: jak ja do cholery mam wejść po pionowej skale, albo czy mam dość siły, żeby się wspinać? Pierwsze silne wrażenie, które pamiętam ze szkolenia, to decyzja: zjechać na linie z 15-metrowej skały, czy zrezygnować i dać sobie spokój ze sportami ekstremalnymi. Wiedziałam jednak, że jeżeli nie spróbuję będę tego żałowała do końca życia.

Gdy padło pytanie, czy jestem gotowa, miałam wiele wątpliwości typu, czy lina na pewno wytrzyma, albo czy drzewo się nie złamie, ... ale w końcu powiedziałam, że jestem gotowa i w dół. Okazało się, że to wcale nie jest takie straszne a wręcz przeciwnie spodobało mi się. Gdy znalazłam się na dole od razu wróciłam na górę by móc jeszcze raz zjechać. Po prostu poczułam, że tego chcę, że to mi się podoba i sprawia mi radość. I tak się zaczęła moja przygoda ze wspinaniem.

Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz weszłam do Doliny Kobylańskiej. W życiu bym się nie spodziewała, że tak blisko Krakowa są tak piękne okolice, człowiek idzie 10 minut i nagle znajduje się w zupełnie innym świecie, otoczony przez skały, a każda jest inna. Przed każdym wyjściem do dolinki bałam się, ale jednocześnie byłam podekscytowana i ciekawa co dzisiaj mnie spotka. Pierwsza wspinaczka, oczywiście to była niezła nerwówka. Na początku w ogóle nie wiedziałam, jak poruszać się w skale, gdzie szukać chwytów, stopni... Na szczęście z dołu dobiegał mnie głos Roberta, który dawał wskazówki i pomagał na mojej pierwszej drodze. Z czasem moje ruchy stawały się coraz mniej nerwowe i już nie czułam strachu, zamiast tego byłam szczęśliwa. Z dnia na dzień lepiej poznawałam tajniki wspinaczki, różne formacje skalne i techniki, którymi powinnam się w nich posługiwać. Z każdym dniem czułam się coraz pewniej w skale i przełamywałam kolejne słabości.

Co najlepsze, temu wszystkiemu towarzyszyła świetna zabawa i dużo śmiesznych sytuacji. Oczywiście potrzebowałam trochę czasu, żeby nabrać zaufania do sprzętu i do samej siebie, ale udało się. Nadszedł dzień, kiedy trzeba było samemu poprowadzić drogę i samodzielnie się ubezpieczać osadzając kości. Najpierw umieszczanie kości ćwiczyliśmy na małej wysokości, a potem do góry. Trochę się tego bałam, wciąż zastanawiając się czy na pewno dobrze to zrobię. Wątpliwości moje rozwiał Robert, który podczas wspinaczki cały czas był w pobliżu i przyglądał się każdej kości włożonej przeze mnie. W końcu nabrałam w tym wprawy i już wszystko szło dobrze. Czas strasznie szybko nam leciał i nim się obejrzeliśmy nadszedł ostatni dzień kursu, czyli egzamin.

Miał on się odbyć na skale o nazwie Żabi Koń. Muszę tutaj dodać, że kiedy pierwszy raz weszłam do dolinki i zobaczyłam tę skałę, która jest najwyższa i najpotężniejsza w okolicy, to powiedziałam sobie, że nie ma mowy o wspinaczce na nią, że to chyba za dużo jak dla mnie. Jednak moje podejście do wspinaczki bardzo się zmieniło od pierwszego dnia kursu. Kiedy stałam pod skałą przed egzaminem, bałam się, ale jak tylko zaczęłam się wspinać to strach zastąpiła radość wspinania. Okazało się, że spokojnie mogę to zrobić jeśli tylko się trochę wyluzuję. Co ważne Robert również podczas tej wspinaczki był blisko i służył radą, jednocześnie dodając otuchy. No i udało się, byliśmy na górze i rozkoszowaliśmy się promieniami słonecznymi, których tego dnia słońce nam nie pożałowało. Potem jeszcze tylko zjazd, który także dostarczył wielu emocji, a na koniec jeszcze egzamin teoretyczny. Bo trzeba wspomnieć, że codziennie wieczorem, mimo zmęczenia, trzeba było sięgnąć po książkę i uczyć się. Potem rozdanie świadectw i jeszcze tylko ostatni wspólny wieczór spędzony przy grillu, butelce piwa i gitarze.

Podczas tego wyjazdu wiele się dowiedziałam nie tylko o technice wspinania, ale również o samej sobie. Nabrałam pewności siebie, nauczyłam się cierpliwości, spokoju, partnerstwa, odpowiedzialności i ogromnego zaufania do osoby, z którą jestem związana liną. Poznałam wspaniałych ludzi, z którymi czas bardzo szybko mi zleciał. W pewnym momencie dzwoniąc do domu przyłapałam się na tym, że nie wiem jak mamy dzień, ale w końcu szczęśliwi czasu nie liczą, a tam byłam szczęśliwa. Kiedy ostatni raz wracałam z dolinki powoli zaczynałam rozumieć jak strasznie będzie mi brakowało skał, ale tak naprawdę pojęłam to dopiero po powrocie do Warszawy. Powiedzenie, że wspinaczka mi się spodobała to zdecydowanie za mało, jestem w niej zakochana i z niecierpliwością czekam na możliwość kolejnego wyjazdu. Oczywiście kurs wspinaczki skalnej to dopiero początek, mały kroczek, ale w końcu "małe kroki, są konieczne by posuwać się naprzód".

-- Kasia Bienias --

BAGażnik - strona główna  | Mont Blanc drogą papieską  | Do Chorwacji  | Matterhorn  | W Alpy Julijskie na 36 godzin  | Wspomnienie  | Lago di Garda Story  | Moje małe K2  | Sprawozdanie  | W Alpeczki  | Agatka i jaskinie  | Mt Blanc Grzegorza  | Jak zostałam szczńliwie zmęczonym człowiekiem  | To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie  | Wrażenia ze szkolenia  | Orle Perci Alp  | Powstawanie jaskiń jurajskich  | Mikroklimat jaskiń  | Flora i fauna jaskiń  | Extremalne sporty wodne dla każdego  | Garda 2004  | Gran Paradiso, Mont Blanc 2004 
Strona tytułowa   | O FIRMIE   | KALENDARIUM 2016   | KURSY   | WYPRAWY   | PRZEWODNICTWO   | JASKINIE   | INTEGRACJA   | REKREACJA   | SKLEP INTERNETOWY   | foto BAGażnik 

Webmajster: admin@bag.pl BAG email: box@bag.pl Ostatnia aktualizacja: dzisiaj