Sprawozdanie



Nie mogłam doczekać się kolejnego wyjazdu w jaskinie. Na jednym organizowanym przez Roberta miałam już szczęście być i było świetnie. Niestety nie uwieczniłam naszych "podbojów" na zdjęciach, więc tym razem wzięłam aparat.

Magda, Karolina i ja ( babski team ;)) umówiłyśmy się z Robertem w Karniowicach. Podjechał o dziewiątej razem z jeszcze jedną uczestniczką naszego wyjazdu - Ewą. Wsiedliśmy w jego samochód ( jakie cudowne miejsce do spania w drodze powrotnej z jaskiń! ;)) i ruszyliśmy w kierunku jaskini Suchej. Po niedługiej jeździe byliśmy na miejscu, pozostawało tylko przejść się lasem pod samą jaskinię. Mimo marca śnieg był po kostki, choć i tak mieliśmy szczęście bo tydzień wcześniej sięgał po kolana. Gdy doszliśmy do miejsca, gdzie, jak twierdził Robert i mapa, znajdowała się jaskinia, szybciutko ubrałyśmy się z dziewczynami w uprzęże przekonane, że zaraz dowiemy się, gdzie znajduje się wejście do Suchej, tymczasem Robert, pokładając wiarę w nasze umiejętności czytania mapy, wręczył ją nam i z miną zupełnie niewinną zapytał " to gdzie idziemy?" I choć Magda była harcerką, minęło dużo czasu zanim znalazłyśmy wejście. Rozbawiona mina Roberta wskazywała, że nie radziłyśmy sobie z tym zadaniem najsprawniej.

W Suchej miłą niespodzianką były zwisające ze ścian śliczne sople lodu. Zgodnie z nazwą jaskini nie było wiele błota, za to korytarze były dość szerokie i wygodne - przyjemna jaskinia na rozpoczęcie wyjazdu. Następne jaskinie były równie przyjemne, choć może w nieco innym tego słowa znaczeniu. Na pewno dostarczyły więcej wrażeń. Piętrowa Szczelina była drugą, którą odwiedziliśmy pierwszego dnia. I tym razem nazwa była adekwatna, bo wewnątrz czekało nas kilka zjazdów. Najdłuższy, dziesięcio metrowy, z wielką radością pokonywałyśmy w dół. Wracając, już nie podobało się nam aż tak bardzo...

Jednej z nas w Piętrowej Szczelinie przydarzyła się przygoda w najmniej odpowiednim momencie. Czołówka Magdy odmówiła współpracy w bardzo niewygodnym miejscu i zrobiła to, co zwykły robić zbuntowane latarki - zgasła. Całą drogę w górę Magda pokonywała wspomagana światełkiem Roberta i przyznam, że nie zazdroszczę! Sama zasapałam się jak po biegu maratońskim, choć nie miałam dodatkowych problemów z czołówką. Ale, jak się okazało, w następnej jaskini i na mnie przyszła pora!

Następna jaskinia nosiła nazwę Koralowej. Spędziliśmy w niej cały drugi dzień, do tej pory nie udało mi się doczyścić uprzęży po spotkaniu z czerwonawym błotkiem. Jaskinia miała mieć blisko 40 metrów głębokości. Podejrzewam, że nazwa Koralowa wzięła się od nacieków w pierwszej dość głębokiej studni. I na tym kończyły się analogie z nazwą, bo w największej sali jaskini było mokro, wszędzie panoszyła się pleśń, a zapach przywodził na myśl zgniłe ziemniaki.

Okazało się, że tylko pierwsza sala byłą tak zawilgotniała, następne były znacznie bardziej suche i bardzo efektowne. Koralową zamieszkiwało także najwięcej nietoperzy ze wszystkich widzianych przeze mnie jurajskich jaskiń ( czyli z około pięciu;) ) W następnej sali czekała nas niespodzianka. Koralowa została pogłębiona, w namulisku była zwyczajna dziura w głąb - świeżo wykopana studnia, niestety nie łącząca z żadnym korytarzem. W tej jaskini, za namową Roberta, spróbowałam "wspinaczki błotnej" - Robert poprowadził drogę, za nim poszłam ja, trzymając się zębami nie tylko skały ale i liny, taśm i wszystkiego, czego tylko udało mi się chwycić. A w połowie drogi "wysiadła" moja czołówka. Będąc zapobiegliwi zapasowe baterie mieliśmy ze sobą, ale zostawiłam je oczywiście na dole i tym razem ja zdana byłam na lampkę Roberta.

Zjazd dostarczył mi trochę dodatkowych emocji, bo w pewnym momencie byłam już w pełni przekonana, że albo zostanę kołysząc się kilka dobrych metrów nad dnem do końca moich dni, albo zapiszczę przerażonym głosikiem "Robert, ratuj!" i nic nie robiąc poczekam na ocalenie przed pozostaniem na linie na zawsze;). Z wielką dumą wyznaję, że poradziłam sobie, choć dość rozpaczliwie, sama. Ponieważ Koralowa jest dość duża zeszło się nam w niej do końca dnia i, niestety, wyprawa dobiegła końca. Robert zawiózł nas do Częstochowy, skąd wróciłyśmy pociągami.

Ponownie było świetnie. Znów nie mogę doczekać się następnego wyjazdu. Zdjęcia udały się całkiem nieźle. Jak się okazało zwykła "idiot-camera" nieźle sobie radzi w jaskiniowych warunkach. Wszystkim, którzy chcą na chwilę zapomnieć o szkole i pracy gorąco polecam wypad jaskiniowy na Jurę. Na myślenie o codziennych obowiązkach nie ma ani chwili!

-- Zosia Reych --

BAGażnik - strona główna  | Mont Blanc drogą papieską  | Do Chorwacji  | Matterhorn  | W Alpy Julijskie na 36 godzin  | Wspomnienie  | Lago di Garda Story  | Moje małe K2  | Sprawozdanie  | W Alpeczki  | Agatka i jaskinie  | Mt Blanc Grzegorza  | Jak zostałam szczńliwie zmęczonym człowiekiem  | To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie  | Wrażenia ze szkolenia  | Orle Perci Alp  | Powstawanie jaskiń jurajskich  | Mikroklimat jaskiń  | Flora i fauna jaskiń  | Extremalne sporty wodne dla każdego  | Garda 2004  | Gran Paradiso, Mont Blanc 2004 
Strona tytułowa   | O FIRMIE   | KALENDARIUM 2016   | KURSY   | WYPRAWY   | PRZEWODNICTWO   | JASKINIE   | INTEGRACJA   | REKREACJA   | SKLEP INTERNETOWY   | foto BAGażnik 

Webmajster: admin@bag.pl BAG email: box@bag.pl Ostatnia aktualizacja: dzisiaj