Wrażenia ze szkolenia


Zaczęło się od zeszłorocznych planów.
Od 14 lat organizuję obozy dla dzieci i młodzieży. Rok temu razem z moimi wychowawcami postanowiliśmy zmienić konwencję naszych obozów. Padł m.in. pomysł, aby wprowadzić podstawy wspinaczki i zabaw linowych. Nikt z nas nie miał o tym pojęcia. Tę część planu wziąłem na siebie. Nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Wiedziałem natomiast, że aby wprowadzić wspinaczkę na obozie potrzebuję solidnego szkolenia i oficjalnych uprawnień. Wpisałem w Google wspinaczka i wyrzuciło mi full odnośników. Wybrałem kilka propozycji. Na podane adresy mailowe wysłałem pytanie o kurs z opisem tego czego potrzebuję. Otrzymałem od większśoci odpowiedzi. Jednak prawie wszyscy proponowali mi standardowe kursy. Ze wszystkich propozycji tylko jedna była konkretną odpowiedzią na moje potrzeby. Była to propozycja Roberta. Odpowiedział mi, że tego czego chcę nie znajdę w standardowych kursach, musiałbym odbyć przynajmniej trzy, ale on jest w stanie tak zmienić program kursu aby sprostać moim oczekiwaniom. Tak poznałem Roberta Szumca - instruktora Polskiego Związku Alpinizmu.

gdzieś pod sufitem

Razem z kolegą, Piotrem Firlejem, który już trochę chodził po sztucznych ściankach wybraliśmy się w połowie lutego do Krakowa na spotkanie z nieznanym. W pierwszym dniu w czasie pierwszych trzech godzin teorii coraz częściej zastanawiałem się co - ja tu robię? Wyblinki, crolle, półsztyki - podłamka. Jednak od początku Robert przekonywał, że ostatecznie nie jest to takie trudne. Trzeba tylko zaskoczyć. Doświadczenie Roberta, które uwidacznia się od razu i jego wielka wiedza teoretyczna i praktyczna pozwoliła mi na przełamanie się i przekonanie, że zrobiłem dobrze decydując się na poznanie czegoś nowego. Dodam, że mam 40 lat i niektórzy moi znajomi na wieść o moich planach zaczęli pukać się znacząco w czoło. Kolejne sześć godzin to praktyka na ściance. I właśnie ta praktyka to był ten zaskok. Nagle teoria stawała się jasna. Robert spokojnie tłumaczył, pokazywał a później popychał nas na "głęboką wodę". I ..., ... i to jest coś co sprawia mi ogromną frajdę. Kilka lat wcześniej moja serdeczna koleżanka Lidka zaraziła mnie windsurfingiem, który do dziś jest dla mnie źródłem wielkiej radości. Wtedy myślałem, że już nic nie może mnie równie mocno zafascynować. Wpadłem. Wspinaczka znów dała mi wiele przyjemności.

tańczący z linami

Dzięki fachowości Roberta zaczynaliśmy poznawać kolejne tajniki wspinaczki. Mój kolega Piotr nagle odkrył, że można się wspinać bez wielkiego wysiłku. Do tej pory był samoukiem. Teraz docenił nauki doświadczonego instruktora. Pierwsze dziewięć godzin strzeliło jak z bicza. Dzień drugi to zjazdy, autoasekuracja i korzystanie z tego co masz pod ręką. Znów przeżywam szok dowiadując się, że zwykły kawałek sznurka, przepraszam - repik - może byś świetnym przyrządem wspinaczkowym jak i zabezpieczającym. Osiem godzin wiszenia kilka metrów nad ziemią w towarzystwie Roberta i jego fachowych rad przekonuje mnie, że ten sport jest wspaniały i fascynujący. Chcę więcej.

trudne życie na poligonie

Dzień trzeci i poligon wojskowy gdzieś pod Krakowem. Aha, jeszcze 5 stopni mrozu, 30 cm śniegu i zacinająca śnieżyca. Przyszedł właśnie czas na tyrolki, zjazdy, mosty linowe, itp. rzeczy. Po kilkunastu minutach nie czujemy z Piotrem już zimna. Nowa metoda Roberta pracy z nami na początku zaczyna nas irytować. Facet wymyśla zadania do wykonania. "Zrób to", "załóż tamto" i... żadnych wyjaśnień. Wisimy z Piotrem na jakiś wojskowych rurach kilka metrów nad zimnym śniegiem i ... nagle zaczyna nam jaśnieć w głowach. Wcześniejsze nauki zaczynają procentować. Coś co było enigmą staje się proste. Metoda "sam dojdź do tego" okazuje się strzałem w dziesiątkę. Kombinowanie zaczyna nam wychodzić coraz lepiej, do momentu, aż nie lądujemy na wieży spadochronowej. Tym razem jednak kilkadziesiąt metrów nad zimną i twardą ziemią. Nasze nowe zadania związane są z pomocą ludziom wiszącym na linach: nieprzytomnym, okaleczonym i nie wiedzącym co robić dalej. Kilka fachowych rad Roberta i... o dziwo!, możemy tym ludziom pomóc. Nawet w czasie transportu w dół zawiązany przez Roberta węzeł przed przyrządem po chwili jest już przeszkodą do pokonania. Mogę teraz pomóc innym.

zmarznięci, ale szczęśliwi

Po kilku godzinach wykończeni, ale szczęśliwi wracamy. Robert uroczyście wręcza nam świadectwa ukończenia kursu wspinaczki. My, dumni przyjmujemy je z należytym szacunkiem. Żegnamy się i na koniec Robert zapewnia nas, że jeżeli będziemy mieli w przyszłości jakiś problem to do niego "jak w dym".
Dziękujemy.
Po przejechaniu 500 km jakie dzielą nasze domy od Krakowa, gdy moja żona zobaczyła moje roziskrzone oczy w czasie składania relacji z całego kursu stwierdziła jedno: no to teraz oprócz wiatru będziesz wypatrywał jeszcze skał. I jak zawsze, ma rację.
P.S. Jeżeli ktoś szuka doświadczonego, pełnego pasji, wiedzy i umiejętności w tak trudnej sztuce uczenia innych niech kontaktuje się z Robertem Szumcem. W pełni wykona z wami to co sobie założyliście wcześniej. Idźcie jak w dym.

-- Bardzo usatysfakcjonowany kursant - Andrzej Tomiałowicz--

BAGażnik - strona główna  | Mont Blanc drogą papieską  | Do Chorwacji  | Matterhorn  | W Alpy Julijskie na 36 godzin  | Wspomnienie  | Lago di Garda Story  | Moje małe K2  | Sprawozdanie  | W Alpeczki  | Agatka i jaskinie  | Mt Blanc Grzegorza  | Jak zostałam szczńliwie zmęczonym człowiekiem  | To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie  | Wrażenia ze szkolenia  | Orle Perci Alp  | Powstawanie jaskiń jurajskich  | Mikroklimat jaskiń  | Flora i fauna jaskiń  | Extremalne sporty wodne dla każdego  | Garda 2004  | Gran Paradiso, Mont Blanc 2004 
Strona tytułowa   | O FIRMIE   | KALENDARIUM 2016   | KURSY   | WYPRAWY   | PRZEWODNICTWO   | JASKINIE   | INTEGRACJA   | REKREACJA   | SKLEP INTERNETOWY   | foto BAGażnik 

Webmajster: admin@bag.pl BAG email: box@bag.pl Ostatnia aktualizacja: dzisiaj