Mont Blanc drogą papieską



Mont Blanc (4808) - drogą włoską (tzw. "papieską")
Nareszcie jesteśmy

No, nareszcie jesteśmy. Przed nami upragniony masyw pełen turniczek, przełęczy, żlebów, lodowców. Tyle tego, że prawie nie wiadomo, który to ten właściwy Mt. Blanc. OK! Napatrzyliśmy się, to teraz do dzieła. Trzeba przecież zarezerwować nocleg w schronisku i przede wszystkim sprawdzić pogodę. Na kampingu owszem prognoza jest wywieszona, ale po włosku. Przemiła Pani Kampingowa mówi po włosku wtrącając od czasu do czasu jakieś francuskie słowa. Jednak dogadujemy sie, mamy ręce, poza tym jesteśmy Polonais, a pogoda będzie, bo jest zawsze, choć nie do końca wiadomo jaka. Nocleg w Rifugio Gonella jest zaklepany - idziemy jutro. A teraz sjesta.

W sandałkach, nie nerwowo idziemy sobie w górę po kamienistym lodowcu. "Miernie stromo" jak zwykle w takich sytuacjach piszą w przewodnikach turystycznych. Kamyki, wanty, szuterek, ot, taki sobie lodowcowy klimacik. Wory obciążone skorupami...spacerowo. Pogoda jak na razie wymarzona - niczym nie zmącony błękit nieba. Powoli dochodzimy do prawdziwego - lodowego lodowca; coraz zimniej, aż w końcu trzeba włożyć Koflachy (tak po cichu krzyczymy Hura!). Klapeczki zostawiamy jako depozyt pod lodowym grzybem. Do jutra! Pa!

Szlak wznosi się z lodowca Miage na strome, kruche żebro i teraz całkiem niemiernie stromo w kierunku bocznego lodowca Dome. W Gonelli wita nas Davide Gonella, no bo któż inny. Ekspert w dziedzinie wszystkich dróg na Monte Bianco. Davide czekał na nas! Pod względem narodowości jesteśmy swego rodzaju urozmaiceniem. Bardzo śmiesznie brzmi w jego ustach tytuł "madame" do osoby okutanej w różne warstwy ciuchów i dodatkowo w plastikach. No, ale nic, jak jestem madame to niech i tak będzie. W schronisku oprócz nas jest tylko pięciu Niemców, którym się właśnie dziś nie udał atak szczytowy.

Zanim wyjdziemy

Siedząc w schronisku nie zawsze ma się zbyt dużo do roboty. Biorąc pod uwagę, niepewność pogody i czarnowidzące pogaduszki z gospodarzem, to w sumie siedzimy jak na szpilkach czekając na przesądzający sprawę komunikat meteo z Chamonix. Już jest! Wstrzymaliśmy oddech... "pogoda niepewna i może się zepsuć". Możemy iść, ale jest ryzyko. Decyzja należy do nas. Niemcy rejterują. A my? Wszystko wskazuje na to, że jutro czeka nas wspaniała pogoda. Komu zaufać? Pragnienie zdobycia pięknego szczytu przeważa. Jeszcze tylko błogosławieństwo od Davide i do spanka, jest 20, a wstajemy o 24. Aaaa! śpimy!!! Co??? Budzik?!?! To już?

Pospiesznie topimy śnieg i usiłujemy wmusić w siebie jakąś kalorię albo dwie. Po stopieniu litra wody (czytaj po godzinie) wychodzimy. Piękna atramentowa noc, co prawda niebo w białych chmurkach, ale jakoś księżyc przedziera się do nas. Mamy szczęście, że nas oświetla, bo kluczenie miedzy szczelinami lodowca nie jest wcale bezpieczne. Poza tym czas upływa, a my wciąż w tym samym miejscu. Gdzie te wydeptane ślady?! Aaa, są! Znów pniemy się wyżej. Ciepło! Można iść bez czapki. Coraz wyżej. Na grani wita nas wiatr, w dole w głębokim mroku światełka Chamonix. Omijamy nawisy - dobrze, że zmrożone na beton. Coraz jaśniej, a na grani przed nami widać światełka, a więc widać drogę "francuską" i my też wreszcie do niej dochodzimy. Przed nami same przedwierzchołki - czyli podejścia do podejścia do podejścia, a oczywiście ten niepozorny garb na samym końcu to nasz cel. Widać oprócz tego długie rzędy światełek ludzi idących mozolnie do góry krok za krokiem; ogromny tłok, a od strony włoskiej tylko my dwoje. Dochodzimy wreszcie do Vallota - legendarnego schroniska pod szczytem Mt. Blanc.

Raz, dwa, trzy, cztery, piec, sześć - stop. Raz, dwa, trzy, cztery. Ruszamy. I znowu sześć kroków i sześć oddechów. Jedno podejście za nami. Pięć, sześć... Kto wie, ile podejść jeszcze przed nami...trzy, cztery...teoria mówi, że już niedaleko, jeden, dwa trzy... Ale strasznie daleko! pięć, sześć... schodzi grupa z przewodnikiem...piętnaście, szesnaście...OO! to nie to liczenie co trzeba! Ruszam... jeden, dwa...ktoś tu miał napad choroby wysokościowej....sześć - stop. Strasznie chce mi się pić! Ale to chyba już wierzchołek? Idę...Oj, nie! Chyba nie dojdę! To był przedwierzchołek, przedwierzchołka przedwierzchołka...choć może nie tak daleko? trzy, cztery... O rany! Wierzchołek! Tych ludzi było tu chyba ze dwieście! Nooo wreszcie!!! Nie wiem z czego bardziej się cieszę - z wejścia, czy z tego że się napiję i coś zjem? Jest 8:05, czyli w siedem godzin marszu pokonaliśmy 1800 m w pionie. Davide ustawił nas w pozycji Kopciuszka, jeśli wybije 11 godzina, mamy schodzić na dół, bez względu na to gdzie będziemy. Do 11 mamy jeszcze dużo czasu, ale jeszcze dziś trzeba przecież zejść w doliny. 20 minutek relaksu na szczytowym boisku, czas aby przegryźć jakieś suszone owoce i umoczyć usta w mocno zmineralizowanej herbatce [z dużymi makroelementami]....o tak! I jeszcze zdjęcia i ..po euforii. W dół! To dopiero frajda! Szybko, szybko, jak najszybciej, bo rozmarzną nam nawisy i otworzą się szczeliny w lodowcu. A w dolinie na lodowcu jest gorąco jak w piekarniku! Tylko trzy godzinki z hakiem i jesteśmy z powrotem przy schronisku.

Z powrotem w schronisku

Jest trzynasta i trzynaście godzin na nogach. Davide gratuluje i Niemcy też, choć z lekką zawiścią. Gloria i chwała! Nawet lawiny z naprzeciwka głośno nas chwalą. Aby uczcić ten wyczyn pozwalamy sobie na odrobinę luksusu i zjadamy wszystkie niewykorzystane rarytasy, popijając hektolitrami herbatopodobnego napoju.

Godzinka oddechu i w drogę. Gonella zaprasza serdecznie na przyjazd kolejny raz. Mówimy sobie "do zobaczenia". A teraz dalej w plastikach w dół ferratką kruchą i zdradliwą. Byle do klapeczek na lodowcu. Na lodowcu niespodzianka, wygląda inaczej niż wczoraj. Jednak żyje! Kamienne lawiny schodzą wkoło, jak tak dalej pójdzie, to Mt. Blanc skarleje całkiem. Idziemy lodowcem. Kamienie, kamienie, kamienie... O matko! Leżę! Jak to się stało? Chyba zasnęłam, dobrze że do asfaltu niedaleko. Osiemnaście godzin w ruchu, 4500 m deniwelacji. Spać, spać, spaaaaaać...A właściwie, to znów chce się pić.

-- Ajka --

BAGażnik - strona główna  | Mont Blanc drogą papieską  | Do Chorwacji  | Matterhorn  | W Alpy Julijskie na 36 godzin  | Wspomnienie  | Lago di Garda Story  | Moje małe K2  | Sprawozdanie  | W Alpeczki  | Agatka i jaskinie  | Mt Blanc Grzegorza  | Jak zostałam szczńliwie zmęczonym człowiekiem  | To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie  | Wrażenia ze szkolenia  | Orle Perci Alp  | Powstawanie jaskiń jurajskich  | Mikroklimat jaskiń  | Flora i fauna jaskiń  | Extremalne sporty wodne dla każdego  | Garda 2004  | Gran Paradiso, Mont Blanc 2004 
Strona tytułowa   | O FIRMIE   | KALENDARIUM 2016   | KURSY   | WYPRAWY   | PRZEWODNICTWO   | JASKINIE   | INTEGRACJA   | REKREACJA   | SKLEP INTERNETOWY   | foto BAGażnik 

Webmajster: admin@bag.pl BAG email: box@bag.pl Ostatnia aktualizacja: dzisiaj